Zasady przed oczyma
Kategorie: Polityka Poziom: 0
06 grudnia 2006Miałem zawsze przedz oczami moje zasady: to one mną powodują, a nie ja wyznaczam ich kierunek.
Charles-Louis de Montesquieu
Kolejne afery wybuchające z siłą wodospadu i wstrząsające partiami koalicyjnymi ujawniają pewną dziwną prawidłowość.
Czy ktokolwiek jeszcze pamięta, jak członkowie PiS bronili się po ujawnieniu taśm ukazujących korupcję polityczną? Z ich ust nie padało kategoryczne stwierdzenie, że to co się stało jest naganne i obrzydliwe, a winni poniosą konsekwencje. Pojawiły sięza to głosy oskarżające dziennikarzy o przeprowadzenie prowokacji, posłowie z trybun wysuwali projekty ustaw coraz bardziej ograniczające działalność dziennikarską, na trzy tysiące sposób tłumaczono działania pana Lipińskiego i pana Mojzesowicza.
Aleksander Szczygło, Szef Kancelarii Prezydenta w jednym z wywiadów powiedział:
Nie słyszałem, żeby w wypowiedziach pana ministra Lipińskiego było coś, co by go w jakiś sposób dezawuowało.
Mało tego, każdą podłość tłumaczy się racją stanu i spiskową teorią dziejów, uderzeniem w najważniejsze organy państwa:
One [taśmy] powstały w sposób, który - widać to po kilku dniach (bo zawsze jest tak, że gorączka pierwszych minut, godzin przysłania jasną ocenę zdarzenia, ale po tych kilku dniach widać wyraźnie), że chodziło li tylko i wyłącznie o to, ażeby obalić rząd Jarosława Kaczyńskiego.
Zapomniano tylko o jednym, że człowiek, który ma śladowe ilości przyzwoitości nie zdecydowałby się na taki czyn. Nie można sprowokować kogoś, kto swoje zasady ma przed oczyma. W takim ujęciu, jakiekolwiek usprawiedliwienia brzmią obrzydliwe.
Nie inaczej sytuacja ma się z aferą, której bohaterem stał się poseł Łyżwiński. Relatywizm moralny wyziera z każdej dziury, przyprawiając o mdłości.
Przewodniczący Lepper najpierw bagatelizuje, potem uderza w znany już ton, informując jakoby był to cios wymierzony w rząd i koalicję, następnie próbuje przeciwstawić swój autorytet moralny oraz Łyżwińskiego (sic!) autorytetowi kobiety, która ich oskarża, wreszczie przysięga na Boga, a całą sprawę sprowadza do konfliktu kochanków. Posłanka Łyżwińska rechocze, niczym Lepper, a następnie wskazuje na prowokację.
Nikt nie jest winny, nikt nie poniesie konsekwencji, bo przecież jeszcze nic nie udowodniono, lub nic takiego się nie stało, bo to "zła kobieta była". Tyle razy powtarza się taki scenariusz, zmieniają się tylko bohaterowie i okoliczności. A może już czas najwyższy na to, by nie tracić swoich zasad sprzed oczu. I nie próbować relatywizować, nie usprawiedliwiać, nie szukać okoliczności łagodzących. Tylko głośno mówić, że Ci którzy stoją na czele, powinni dawać przykład, być prawi, o nieposzlakowanej opinii, być ludźmi z zasadami, a nie posiadać zamiast walorów osobistych listę wyroków sądowych długą jak Czomolungma
PS.
I coś na deser, wypowiedź Stanisława Łyżwińskiego:
Drodzy państwo, odpowiedzialność za wychowanie młodzieży spoczywa - chyba mamy tę świadomość - na nas wszystkich, nawet na siedzących w tej sali.
Mam w oczach przerażenie, gdy czytam słowa, które wypowiada człowiek bliski poglądami burakowi cukrowemu.
Możesz śledzić odpowiedzi poprzez kanał RSS. Możesz dodać komentarz lub zostawić ślad (trackback) ze swojego bloga.
Komentarze do wpisu
PROZAK
06 grudnia 2006, 14:04
A jeżeli to jest prowokacja?! :D
jbg
06 grudnia 2006, 14:33
Oczywiście, zapewne jeszcze wymierzona w dobre imię Samoobrony oraz jej członków, jak gdyby kiedykolwiek i partia ta i jej członkowie takie dobre imię posiadali :D